Jabłuszko upadło, proszę Państwa

Cydr stał się w Polsce modny. Niczym objawienie zyskał rzesze zwolenników i wielbicieli. Rodzą się koneserzy i smakosze tego trunku. Zaskakująca popularność cydru idealnie wpisała się w społeczna niezgodę na rosyjskie embargo nałożone w ubiegłym roku na nasze, polskie owoce. Z nagłówków gazet i portali internetowej eksperci od marketingu nawołują nas – rodaków, aby konsumować jabłka, cydry i wszelkie inne produkty powstałe z naszych rodzimych owoców. Zabawna i jednocząca naród samonakręcająca się kampania trwa. Bo cóż ma jednoczyć bardziej, jeśli nie walka w słusznej sprawie. Bezkrwawe powstanie przeciw ciemiężcy z jabłkiem w dłoni. Bardzo plastyczne, nieprawdaż?

Postanowiłam wyruszyć do prawdziwych korzeni cydru, a mianowicie do sadów. Pojechałam blisko, ledwie na przedmieścia Warszawy, do Tarczyna. I już na rynku tego zwyczajnego miasteczka poczułam, że jestem we właściwym miejscu. Moim oczom ukazała się nieco surrealistyczna fontanna w kształcie, a jakże, jabłka. Ogromne jabłko, które lśniło w odbijającym się blasku sączącej się po nim wody. Uśmiechnęłam się, myśląc w duchu – fajnie, naprawdę świetny pomysł.

Wykonałam telefon do dawnego znajomego, który jest właścicielem okolicznego sadu. Młody chłopak, obrotny i przedsiębiorczy. Pomyślałam, że na pewno już podchwycił cydrowy temat. Nieco szorstka rozmowa od samego początku nie kleiła się.

– Cydr? – słyszę w słuchawce – Nie, nie, u nas nikt tego nie produkuje. Dopytuję namolnie – Ale dlaczego? Przecież to taki świetny pomysł.

Tu nastąpił dość długi monolog, który trudno przytoczyć, a już na pewno nie dosłownie. Chłopak na koniec dobitnie stwierdził, że produkcja cydru dla małoobszarowych sadowników to zwykłe zawracanie d…. Żegnając się ze mną, smutno powiedział, że to nie jest dobry czas dla sadowników, ale jeśli będę chciała wiedzieć coś więcej, to zaprasza.

Nie poddając się pierwszemu niepowodzeniu, wyruszyłam kilka kilometrów dalej do Suchodołu, na strzelnicę otoczoną ze wszystkich stron sadami. Tam miałam się spotkać się z Panem Grzegorzem Filipiakiem, jednym z pomysłodawców tego miejsca. Młode pokolenie sadowników nie interesuje się cydrem – więc może starsze?

Pan Grzegorz jest właścicielem ziemi, która od pięciu pokoleń wstecz rodzi jabłka. Od niedawna oddał gospodarstwo synowi. Serdeczna rozmowa nagle zmienia swój rytm, gdy zadaję pytanie o cydr. Kolejny raz pada odpowiedź, że nikt tu się cydrem nie zajmuje, nie interesuje. Że sytuacja jest na tyle trudna, że szkoda nawet inwestować, że temat cydru jest nierentowny a nakłady na rozpoczęcie produkcji są zbyt wysokie i się nie zwrócą. Pomoc państwa, związku sadowników i inne możliwości są raczej pozorne i mało przyszłościowe. Ci z pośród sadowników, którzy mają kontrakty przemysłowe albo zagraniczne, walczą o utrzymanie swoich odbiorców, szukają jednocześnie nowych rynków zbytu, nikt nie chce i nie ma środków na produkcję. Inni, którzy eksportowali na wschód swoje produkty, są w dramatycznej sytuacji. Tu rozmowa brzmiała jeszcze jak banał jaki można usłyszeć w TV, w  „Agrobiznesie” o dwunastej w południe – bezosobowo, typowo informacyjnie. Temat cydru urwał się. Pozostałam rozczarowana niczym dziecko z brutalnie przebitym balonikiem. Nici z sielankowego artykułu o wielkiej szansie dla sadowników, jaką daje produkcja rodzimego cydru na lokalną skalę.

Jednak, kiedy Pan Grzegorz rozpoczął swoją opowieść o jabłkach, okazało się, że gawędziarzem jest wyśmienitym. W sposób piękny i ciekawy zabrał mnie w nieznany świat jabłoni. Zaczął od pszczół i swojej pasieki, bez których nie ma pięknych, unijnie okrągłych jabłek. Snując swoją opowieść, pieścił w spracowanych dłoniach wyimaginowane jabłko. Gest dłoni miał wypracowany, idealnie oddający kształt owocu. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że można z taką wrażliwością opowiadać o czymś tak codziennym jak zwykłe jabłko. Ogarnął mnie wielki smutek, kiedy wyobraziłam sobie sterty gnijących owoców. Sadownikom aktualnie nie opłaca się ich nawet zbierać, zmusza ich do tego jedynie zagrożenie zakwaszenia gleby pod drzewami. Kwota kilkunastu groszy za kilogram ciężkiej pracy sadowników nie zwróci nawet kosztów paliwa zużywanego przez maszyny rolnicze, kosztów transportu. A i gdzie je transportować? Zabawne teksty choćby z takiego CKM-u „F… you, mr Putin. My wiemy, co dobrego zrobić z polskich jabłek. I czym te nasze cydry zagryzać” nie bawią już tak bardzo. Co prawda autorka Beata Drewnowska w Rzeczpospolitej – Ekonomia & Rynek z 6.10.2014 roku w swoim tekście pt. „Tłuste lata dla cydru i whisky” zapewnia, że o nieomal 30% rocznie będzie wzrastać sprzedaż cydru w Polsce z latach 2013-2019, nie daje to jednak wielkiej nadziei dla sadowników. Ich nastroje są zrozumiałe, a sytuacja dramatyczna, bo z pustego to i Salomon cydru nie naleje.

Problem stał się dla mnie namacalny, realnie trącący gnijącymi nadziejami i potrzebami sadowników. Cały rok ciężkiej pracy, wydatki na walkę ze szkodnikami i chorobami drzew. Nie o paprykę się rozchodzi, a jednak pytanie „Jak żyć?” nasuwa się samo. Są jeszcze co prawda chłodnie, można zamrozić problem, jeśli ktoś posiada takie miejsce, poczekać na lepsze czasy, ale samo ich uruchomienie to ogromne, codzienne koszty, na które większość sadowników zwyczajnie nie może sobie pozwolić. Koszty związane ze stratą plonów okazują się mniejsze niż inwestycja w ich ratowanie. Poczułam smutek i zadumę podobną do tej, kiedy kilka lat temu usłyszałam od znajomego, właściciela kilku piekarni, że nadwyżkami zboża pali się w piecach przemysłowych. I nawet nie o „głodujących dzieciach w Etiopii” myślę, tylko o zwykłym marnotrawstwie nie tylko jedzenia, ale ciężkiej pracy rolników. My Polacy, darzący bochenek chleba wielkim szacunkiem, pozwalamy na coś takiego…

Na koniec naszego spotkania Pan Grzegorz opowiedział mi o działalności Towarzystwa Przyrodniczo-Łowieckiego Ziemi Grójeckiej „Modrzewina”, którego jest czynnie działającym członkiem. Towarzystwo co roku organizuje zbiórki jabłek, które są później przekazywane dzieciom do szkół i domów dziecka w regionach mniej obfitych w jabłka. Podczas rozładunku takiego transportu w jednym z domów dziecka na Mazurach upadło z auta jedno jabłko. Do Pana Grzegorza podbiegł mały chłopiec ściskając w dłoni owoc, zakrzyknął – Jabłuszko upadło, proszę pana! Sadownik z troską powiedział, że dzieci z zagłębia sadowniczego nawet by nie zwróciły uwagi na jedno jabłko, które upadło. Że w takich chwilach odczuwa satysfakcję i dumę z działalności Towarzystwa i chęci pomagania innym, nawet kiedy i jego członkom nie jest łatwo.

Żegnając się, otrzymałam od Pana Grzegorza skrzynkę, oczywiście, jabłek. I już po pierwszym kęsie zrozumiałam, co sadownik miał na myśl, mówiąc, że jabłka, owszem, je, choć jest mocno zmanierowany w tym temacie. Otrzymałam skrzynkę idealnych w smaku, zapachu i kształcie owoców.

Cóż można więcej napisać… Do rozmów z sadownikami trzeba będzie wrócić za kilka miesięcy, może wtedy czasy dla nich będą lepsze. Tymczasem pozostaje już tylko powiedzieć – Jabłuszko upadło, proszę Państwa!

Zuzanna Zaczek 

 

 

 

Dodaj komentarz przez FB